Witajcie!
Dzisiaj chciałabym zabrać Was na Cypr. Czy kiedykolwiek tam
byliście? Jeśli tak - wspaniale. Jeśli nie - tym lepiej, bo Cypr, który chcę
Wam dziś pokazać, jest tajemniczy, magiczny i pełen emocji. A wszystko za
sprawą pewnej książki. Za egzemplarz dziękuję Autorce oraz Wydawnictwu Zaczytani.
„Czasami człowiek
chce zrobić coś, czego sam nie rozumie, i to ponoć nazywa się zbieraniem
życiowych doświadczeń.”
„Cypryjskie meze” - tak brzmi tytuł najnowszej powieści
Jolanty Kosowskiej. Jej premiera już jutro,26.05.2026, a ja już dziś chciałabym
opowiedzieć Wam o tej wyjątkowej historii. Musicie bowiem wiedzieć, że to
książka, obok której nie sposób przejść obojętnie. Nie krzyczy, nie narzuca się
czytelnikowi - raczej delikatnie zatrzymuje go w miejscu i sprawia, że chce się
zostać w jej świecie jeszcze odrobinę dłużej… nawet po zamknięciu ostatniej
strony.
„[…] dom, to nie miejsce, nie ściany, a bliscy ludzie”
Już sam początek historii ma w
sobie coś niepokojąco cichego, jakby pod powierzchnią zwykłych wydarzeń kryło
się coś niewypowiedzianego od lat. Ewelina to młoda studentka historii sztuki –
początkowo żyje swoim rytmem, trochę akademickim, trochę codziennym, nie
spodziewając się, że jedno spotkanie całkowicie zmieni jej sposób patrzenia na
przeszłość. Pani Zofia, dziewięćdziesięcioletnia kobieta, wydaje się na
początku tylko postacią z innego świata, zamkniętą w swoich wspomnieniach, może
nawet nieco surową. Ale to właśnie ona staje się początkiem historii, która
zaczyna się od fragmentów: kilku zdjęć, kartek z menu cypryjskiej restauracji i
wspomnienia dziecka, które pojawia się i znika jak cień.
I tu zaczyna się coś, co w tej
książce działa najmocniej-poczucie, że każdy szczegół ma znaczenie. Mała
dziewczynka, odnaleziona przed laty w domu dziecka, nie mówi po polsku, ma dwa
jasne warkocze i przeszłość, której nikt nie potrafi odtworzyć. To nie jest
tylko wątek – to rana, która nigdy się nie zagoiła. Pani Zofia nosi ją w sobie
przez dekady, a Ewelina, być może nieświadomie, zostaje wciągnięta w próbę jej
zrozumienia.
Kiedy pojawia się Cypr, historia
zmienia ton. Nagle wszystko nabiera światła, przestrzeni i zapachu – ale nie w
sposób cukierkowy, tylko bardzo naturalny, niemal fizyczny. Kosowska opisuje
wyspę tak, że nie jest ona jedynie tłem, ale żywym organizmem: ciepłym
powietrzem, szumem fal, rozmowami prowadzonymi przy stolikach tawern, gdzie
czas płynie inaczej. To właśnie tam Ewelina zaczyna składać rozsypane elementy
układanki, choć im dalej wchodzi w tę historię, tym bardziej odkrywa, że
odpowiedzi nie zawsze są proste ani wygodne.
W tym cypryjskim
świecie pojawia się też Jorgos – postać, która nie dominuje fabuły, ale wnosi
do niej coś bardzo ważnego: spokój i autentyczną życzliwość. To ktoś, kto nie
popycha wydarzeń gwałtownie do przodu, ale raczej pomaga je zrozumieć, jakby
był przewodnikiem po miejscach i emocjach, które łatwo przeoczyć.
„[…] w życiu więzy
krwi nie są najważniejsze. Rodzina to nie więzy krwi, to przeżycia, nieprzespane
noce, to marzenia, to razem spędzony czas, to wszystko, co nas łączy.”
Najbardziej wciągające w tej
powieści jest jednak to, że tajemniczej dziewczynki nie jest jedynie pytaniem o
to, „kim była”, ale przede wszystkim „skąd pochodzi” i „dlaczego została
zapomniana”. Z każdą kolejną informacją napięcie rośnie nie w sposób
sensacyjny, ale emocjonalny – czytelnik zaczyna czuć, że ta historia dotyczy
czegoś znacznie większego niż pojedynczy los. To opowieść o tożsamości, o
utraconych korzeniach, o pamięci, która nie zawsze jest łaskawa, ale zawsze
jest ważna.
I właśnie w tym tkwi siła tej książki - w spokojnym, ale
bardzo głębokim budowaniu emocji. Nie ma tu pośpiechu, ale jest ciągłe
poczucie, że coś istotnego zaraz zostanie odkryte. Że pod warstwą codzienności
kryje się prawda, która czekała zbyt długo, żeby wreszcie wybrzmieć.
„Cypryjskie meze” jest poniekąd podróżą, która zaczyna się
niewinnie, a kończy się refleksją, że pewnych historii nie da się zamknąć w
prostych odpowiedziach. Bo przeszłość ,nawet jeśli odległa, wciąż wpływa na
teraźniejszość, a miejsca, które nazywamy domem, nie zawsze są tam, gdzie się
urodziliśmy.
To powieść, która nie tylko opowiada historię, ale też ją
„serwuje” -powoli, warstwami, jak cypryjskie meze: jedno danie prowadzi do
kolejnego, jeden smak otwiera następny, aż w końcu orientujesz się, że jesteś
już całkowicie zanurzony w tym świecie.
I właśnie dlatego trudno ją odłożyć, nie dlatego, że jest
głośna czy spektakularna, ale dlatego, że cicho, konsekwentnie i bardzo
skutecznie wciąga w swoją opowieść, zostawiając czytelnika z myślą, że niektóre
historie naprawdę zostają w człowieku na długo.
Z przyjemnością Wam ją polecam, a egzemplarz dołączam do pozostałych książek Autorki.
Polecam,
Katja

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz