poniedziałek, 25 maja 2026

"Cypryjskie meze"-Jolanta Kosowska- recenzja przedpremierowa

 Witajcie!

Dzisiaj chciałabym zabrać Was na Cypr. Czy kiedykolwiek tam byliście? Jeśli tak - wspaniale. Jeśli nie - tym lepiej, bo Cypr, który chcę Wam dziś pokazać, jest tajemniczy, magiczny i pełen emocji. A wszystko za sprawą pewnej książki. Za egzemplarz dziękuję Autorce oraz Wydawnictwu Zaczytani.

 



„Czasami człowiek chce zrobić coś, czego sam nie rozumie, i to ponoć nazywa się zbieraniem życiowych doświadczeń.”

 

„Cypryjskie meze” - tak brzmi tytuł najnowszej powieści Jolanty Kosowskiej. Jej premiera już jutro,26.05.2026, a ja już dziś chciałabym opowiedzieć Wam o tej wyjątkowej historii. Musicie bowiem wiedzieć, że to książka, obok której nie sposób przejść obojętnie. Nie krzyczy, nie narzuca się czytelnikowi - raczej delikatnie zatrzymuje go w miejscu i sprawia, że chce się zostać w jej świecie jeszcze odrobinę dłużej… nawet po zamknięciu ostatniej strony.

 

 


„[…] dom, to nie miejsce, nie ściany, a bliscy ludzie”

Już sam początek historii ma w sobie coś niepokojąco cichego, jakby pod powierzchnią zwykłych wydarzeń kryło się coś niewypowiedzianego od lat. Ewelina to młoda studentka historii sztuki – początkowo żyje swoim rytmem, trochę akademickim, trochę codziennym, nie spodziewając się, że jedno spotkanie całkowicie zmieni jej sposób patrzenia na przeszłość. Pani Zofia, dziewięćdziesięcioletnia kobieta, wydaje się na początku tylko postacią z innego świata, zamkniętą w swoich wspomnieniach, może nawet nieco surową. Ale to właśnie ona staje się początkiem historii, która zaczyna się od fragmentów: kilku zdjęć, kartek z menu cypryjskiej restauracji i wspomnienia dziecka, które pojawia się i znika jak cień.

 

I tu zaczyna się coś, co w tej książce działa najmocniej-poczucie, że każdy szczegół ma znaczenie. Mała dziewczynka, odnaleziona przed laty w domu dziecka, nie mówi po polsku, ma dwa jasne warkocze i przeszłość, której nikt nie potrafi odtworzyć. To nie jest tylko wątek – to rana, która nigdy się nie zagoiła. Pani Zofia nosi ją w sobie przez dekady, a Ewelina, być może nieświadomie, zostaje wciągnięta w próbę jej zrozumienia.

 


Kiedy pojawia się Cypr, historia zmienia ton. Nagle wszystko nabiera światła, przestrzeni i zapachu – ale nie w sposób cukierkowy, tylko bardzo naturalny, niemal fizyczny. Kosowska opisuje wyspę tak, że nie jest ona jedynie tłem, ale żywym organizmem: ciepłym powietrzem, szumem fal, rozmowami prowadzonymi przy stolikach tawern, gdzie czas płynie inaczej. To właśnie tam Ewelina zaczyna składać rozsypane elementy układanki, choć im dalej wchodzi w tę historię, tym bardziej odkrywa, że odpowiedzi nie zawsze są proste ani wygodne.

 

W tym cypryjskim świecie pojawia się też Jorgos – postać, która nie dominuje fabuły, ale wnosi do niej coś bardzo ważnego: spokój i autentyczną życzliwość. To ktoś, kto nie popycha wydarzeń gwałtownie do przodu, ale raczej pomaga je zrozumieć, jakby był przewodnikiem po miejscach i emocjach, które łatwo przeoczyć.

„[…] w życiu więzy krwi nie są najważniejsze. Rodzina to nie więzy krwi, to przeżycia, nieprzespane noce, to marzenia, to razem spędzony czas, to wszystko, co nas łączy.”

Najbardziej wciągające w tej powieści jest jednak to, że tajemniczej dziewczynki nie jest jedynie pytaniem o to, „kim była”, ale przede wszystkim „skąd pochodzi” i „dlaczego została zapomniana”. Z każdą kolejną informacją napięcie rośnie nie w sposób sensacyjny, ale emocjonalny – czytelnik zaczyna czuć, że ta historia dotyczy czegoś znacznie większego niż pojedynczy los. To opowieść o tożsamości, o utraconych korzeniach, o pamięci, która nie zawsze jest łaskawa, ale zawsze jest ważna.

 

I właśnie w tym tkwi siła tej książki - w spokojnym, ale bardzo głębokim budowaniu emocji. Nie ma tu pośpiechu, ale jest ciągłe poczucie, że coś istotnego zaraz zostanie odkryte. Że pod warstwą codzienności kryje się prawda, która czekała zbyt długo, żeby wreszcie wybrzmieć.

 

„Cypryjskie meze” jest poniekąd podróżą, która zaczyna się niewinnie, a kończy się refleksją, że pewnych historii nie da się zamknąć w prostych odpowiedziach. Bo przeszłość ,nawet jeśli odległa, wciąż wpływa na teraźniejszość, a miejsca, które nazywamy domem, nie zawsze są tam, gdzie się urodziliśmy.

 


To powieść, która nie tylko opowiada historię, ale też ją „serwuje” -powoli, warstwami, jak cypryjskie meze: jedno danie prowadzi do kolejnego, jeden smak otwiera następny, aż w końcu orientujesz się, że jesteś już całkowicie zanurzony w tym świecie.

 

I właśnie dlatego trudno ją odłożyć, nie dlatego, że jest głośna czy spektakularna, ale dlatego, że cicho, konsekwentnie i bardzo skutecznie wciąga w swoją opowieść, zostawiając czytelnika z myślą, że niektóre historie naprawdę zostają w człowieku na długo.


Z przyjemnością Wam ją polecam, a egzemplarz dołączam do pozostałych książek Autorki.




Polecam,

Katja

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz