Witajcie,
Dzisiejszą recenzję chciałabym rozpocząć od pytania": czy można pewnego dnia obudzić się i pomyśleć: „Dość. Teraz zacznę żyć po swojemu”?
Kilka dni temu dzięki uprzejmości Wydawnictwa Filia sięgnęłam po debiutancką powieść Anny Błaszczuk „Kiedy kończy się lato”. Nie znałam wcześniej autorki, dlatego tym chętniej sprawdziłam, co kryje się za historią, która już samym opisem przyciągnęła moją uwagę. I wiecie co? Debiuty właśnie za to lubię. Nigdy nie wiem, czego się spodziewać.
A tutaj spodziewałam się spokojnej historii obyczajowej. Dostałam coś więcej.
Idalia, główna bohaterka powieści, pewnego dnia uświadamia sobie, że dotychczasowe życie nie jest tym, czego naprawdę chce. Wizyta u lekarza staje się dla niej momentem, który skłania ją do zatrzymania się i spojrzenia na własne życie z zupełnie innej strony.nI zamiast kolejny raz zastanawiać się, czego oczekują od niej rodzice, postanawia wreszcie zapytać samą siebie: czego ja właściwie chcę?
Odpowiedź jest dość zaskakująca.
Kupuje stary dom w Białym Ruczaju.
Dom, który zdecydowanie lepsze lata ma już za sobą. Remontu wymaga właściwie wszystko. Trzeba naprawić elektrykę, zadbać o ogrzewanie, doprowadzić go do stanu, w którym będzie można w nim normalnie zamieszkać. A Idalia przecież nie jest doświadczoną remontową bohaterką, która wszystko potrafi zrobić własnymi rękami.
Ale ma coś ważniejszego.
Determinację.
Ma jeszcze Hiro. Psa adoptowanego ze schroniska, który bardzo szybko staje się ważną częścią jej nowego życia. A później pojawia się również Frigga, kotka, którą Ida adoptuje. I nagle ten stary dom zaczyna wypełniać się nie tylko nowymi przedmiotami, ale też nowym życiem. Hiro i Frigga stają się częścią codzienności Idalii, która powoli buduje sobie miejsce, jakiego wcześniej właściwie nie miała.
I tak zaczyna się historia, która wcale nie opiera się na wielkich wydarzeniach. Jej siłą jest codzienność.
Remont starego domu. Pierwsze zakupy w wiejskim sklepie. Poznawanie sąsiadów. Rozmowy. Pomocne osoby. Ale również ciekawskie spojrzenia i informacje, które na wsi potrafią rozchodzić się zdecydowanie szybciej niż ktokolwiek by sobie tego życzył.
Bo kiedy do małej miejscowości przyjeżdża ktoś nowy, trudno pozostać niezauważonym.Zwłaszcza gdy kupuje stary dom.
Mieszkańcy Białego Ruczaju szybko zaczynają interesować się Idalią. Jedni są życzliwi, inni bardziej dociekliwi. Ktoś coś widział, ktoś coś słyszał, ktoś zna kogoś, kto wie jeszcze więcej.
I właśnie ten obraz małej wiejskiej społeczności bardzo mi się spodobał, bo autorka pokazuje ją bez upiększania.
Tutaj ludzie potrafią sobie pomagać, ale potrafią też zaglądać do cudzego życia.
A każdy ma przecież własną historię.
Z czasem przestajemy więc patrzeć na mieszkańców Białego Ruczaju jak na postacie drugoplanowe. Zaczynamy być ciekawi ich losów. Bo za niepozorną sąsiadką, energiczną sołtyską Emilią czy osobą spotkaną przypadkiem może kryć się historia, o której nie wiemy absolutnie nic.
I chyba właśnie to jest jedną z mocniejszych stron tej powieści. Ona nie opowiada wyłącznie o Idalii.
Opowiada o ludziach.
O ich charakterach, słabościach, zazdrości, uprzedzeniach i o tym, że nie każdy potrafi cieszyć się cudzym szczęściem.
Wojtek jest jedną z tych osób, które pojawiają się w życiu głównej bohaterki i zostawiają po sobie coś więcej niż tylko wspomnienie. To właśnie on wypowiada kilka bardzo życiowych spostrzeżeń. Między innymi takie, że kiedy wszystko idzie dobrze, zawsze może się coś zepsuć. I chyba jeszcze bardziej trafne: ludzie nie lubią, kiedy komuś się wiedzie.
Trudno się z tym nie zgodzić.
Bo czy nie znamy takich sytuacji z własnego życia? Kiedy czyjeś szczęście zamiast cieszyć, zaczyna kogoś uwierać? Kiedy czyjś sukces budzi zazdrość? Kiedy łatwiej ocenić drugiego człowieka, niż spróbować zrozumieć jego wybory?
Anna Błaszczuk pokazuje tę małą społeczność właśnie z takiej ludzkiej strony. Bez idealizowania. Są osoby serdeczne i pomocne, ale są też takie, które potrafią być zwyczajnie złośliwe. Są ludzie, którzy wyciągną rękę, ale również tacy, którzy chętnie zajrzą do naszego życia i zrobią z niego temat rozmów.
A potem pojawia się jeszcze ktoś.
Tajemnicza postać w czerni.
Stoi w pobliżu domu Idalii i od razu sprawia, że zaczynamy się zastanawiać, kim jest i czego właściwie chce.
I tutaj autorka robi coś, co bardzo lubię. Nie daje nam wszystkiego od razu. Pozwala obserwować, domyślać się, poznawać bohaterów i ich historie krok po kroku.
„Kiedy kończy się lato” to książka o zmianie, ale nie takiej spektakularnej, która wydarza się w jednej chwili.
To raczej opowieść o małych decyzjach, które z czasem zaczynają zmieniać całe życie.
Idalia zaczyna odkrywać, że można inaczej.
Można zwolnić.
Można cieszyć się zwyczajnym dniem.
Można wypić kawę, zrobić coś przy domu, wyjść z psem, zająć się kotką, porozmawiać z sąsiadem i nagle zauważyć, że właśnie z takich drobiazgów składa się życie.
Ale zmienia się nie tylko jej codzienność.
Zmienia się ona sama.
Idalia staje się silniejsza, bardziej zdecydowana i coraz lepiej wie, czego chce. Zaczyna mieć własne zdanie. Potrafi zawalczyć o siebie, ale również zadbać o dobro innych. Nie pozwala już tak łatwo, by inni decydowali za nią.
I właśnie ta przemiana podobała mi się w tej historii najbardziej.
Bo na początku mamy kobietę, która przez długi czas żyła według oczekiwań innych.
A później obserwujemy, jak krok po kroku zaczyna żyć według własnych zasad.
Nie jest to łatwa droga. W jej życiu bywa różnie. Pojawiają się problemy, ludzie, których intencje nie zawsze są dobre, pytania, na które nie ma prostych odpowiedzi, a także tajemnice, które sprawiają, że nie wszystko okazuje się takie, jak wyglądało na początku.
I może właśnie dlatego tę książkę czytało mi się dobrze.
Nie ma tutaj szaleńczego tempa. Nie ma ciągłego napięcia i wydarzeń następujących jedno po drugim.
Jest za to atmosfera małej miejscowości, bohaterowie z własnymi historiami, stary dom, który powoli zaczyna odzyskiwać swoje życie, Hiro i Frigga oraz kobieta, która próbuje odzyskać własne.
A im dłużej czytałam, tym bardziej byłam ciekawa, dokąd zaprowadzi Idalię jej decyzja.
Czy Biały Ruczaj rzeczywiście stanie się jej miejscem?
Czy uda jej się odciąć od tego, czego oczekiwali od niej inni?
Czy odnajdzie tutaj szczęście?
Czy będzie potrafiła obronić swoje wybory?
I najważniejsze: co tak naprawdę kryje się za pojawieniem się tajemniczej osoby w czerni?
Nie odpowiem Wam na te pytania.
Powiem tylko, że „Kiedy kończy się lato” to powieść bardzo życiowa. Taka, która oprócz historii Idalii daje też sporo tematów do przemyślenia.
O tym, jak łatwo podporządkować swoje życie oczekiwaniom innych.
O tym, jak trudno czasami postawić na siebie.
O zazdrości i ludzkiej naturze.
O tym, że nie każdy będzie cieszył się naszym szczęściem.
Ale również o tym, że na swojej drodze możemy spotkać ludzi, którzy powiedzą coś ważnego, podadzą pomocną dłoń albo po prostu pojawią się dokładnie wtedy, kiedy ich potrzebujemy.
I chyba właśnie dlatego nie odebrałam tej książki wyłącznie jako historii o kobiecie, która kupiła stary dom.
To opowieść o kobiecie, która razem z tym domem zaczyna remontować również własne życie.
Dziękuję Wydawnictwu Filia za egzemplarz i możliwość poznania tego debiutu.
Czy polecam?
Tak. Szczególnie tym, którzy zamiast wartkiej akcji wybierają spokojną historię, w której można zatrzymać się na chwilę i po prostu pobyć z bohaterami.
Jeżeli lubicie książki o nowych początkach, małych miejscowościach, relacjach między ludźmi, tajemnicach i bohaterach, którzy z czasem przechodzą własną przemianę, myślę, że warto dać tej powieści szansę.
Polecam,
Katja
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz