poniedziałek, 24 sierpnia 2026

"Zanim ucichnie rzeki śpiew" - Marlena Wittstock- recenzja patronacka/recenzja premierowa

 

Witajcie,

Nie każda książka, po którą sięgamy, zaczyna się od wielkiego wydarzenia. Czasami wystarczy kilka zdań, jeden obraz i tajemnicze słowa, żeby zatrzymać czytelnika i sprawić, że chce poznać dalszy ciąg historii. Tak było tym razem.

Dzisiaj chciałabym zwrócić Waszą uwagę na mój patronat medialny, czyli najnowszą powieść Marleny Wittstock „Zanim ucichnie rzeki śpiew”, wydaną przez Wydawnictwo Szara Godzina. To drugi tom cyklu „Na Pomorzu”, którego premiera odbędzie się 24 sierpnia 2026 roku.

I choć okładka oraz opis książki od razu przyciągają uwagę czytelnika, mnie najbardziej zatrzymał prolog. To właśnie od niego zaczęła się moja ciekawość tej historii. Im dalej czytałam, tym bardziej przekonywałam się, że trudno opowiedzieć o tej książce w kilku zdaniach.

Noc Świętojańska. Radunia. Młoda dziewczyna trzymająca w dłoniach wianek i mężczyzna stojący po drugiej stronie brzegu. I jedno zdanie: „Panienki miało tutaj nie być…” Tyle wystarczyło, żebym chciała czytać dalej.

„Miała wrażenie, że patrzy na świat, do którego nigdy nie należała i który mimo to przyciągał ją bardziej, niż chciałaby przyznać”.

Tą dziewczyną jest Emilia Żarnowiecka. Młoda kobieta wychowana na dworze, w świecie dostatku, wygody i określonych zasad. Jej rodzice chcą dla niej dobrego życia, dlatego planują jej przyszłość i szukają odpowiedniego kandydata. Emilia jednak coraz wyraźniej czuje, że nie chce żyć według scenariusza napisanego przez innych.

Fascynują ją Kaszuby. Ich historia, tradycja, ludzie i wierzenia. I właśnie na swojej drodze spotyka Leona Labudę. Mężczyzna jest młynarzem, wdowcem i ojcem trójki dzieci: Katarzëny, Tesi i Olka. Życie już zdążyło go mocno doświadczyć. Ma za sobą stratę żony Genki, codzienną odpowiedzialność za rodzinę i wiele trosk, których nie widać na pierwszy rzut oka. Jest zupełnym przeciwieństwem świata, z którego pochodzi Emilia. A jednak to właśnie przy nim  serce dziewczyny zaczyna bić szybciej.

„Życie toczyło się dalej, rzeka płynęła, wieś zasypiała, wszystko zdawało się mieć swój porządek, a ona miała wrażenie, że świat rozpada się i nigdy nie będzie już taki sam”.

Ich relacja rozwija się bardzo powoli. Nie ma tutaj nagłego, bajkowego zakochania. Jest za to bliskość, niepewność, spojrzenia i uczucie, które z czasem zaczyna znaczyć coraz więcej. Emilia podejmuje decyzję, która zmienia całe jej życie. Opuszcza dotychczasowy świat i wchodzi do świata Leona.

Tylko, jak się okazuje,  nie wszyscy czekają tam na nią z otwartymi ramionami.

Szczególnie trudna okazuje się relacja z Katarzëną, najstarszą córką Leona, pieszczotliwie nazywaną Kaszką. W jej sercu miejsce kobiety u boku ojca na zawsze należy do ukochanej, zmarłej matki. Emilia, mimo swojej dobroci, pracowitości i szczerych chęci, długo nie potrafi zdobyć jej sympatii.

I muszę przyznać, że Katarzëna była dla mnie jedną z tych postaci, których nie potrafiłam po prostu ocenić. Z jednej strony złościło mnie jej zachowanie wobec Emilii, z drugiej coraz lepiej rozumiałam, skąd się ono bierze. To przecież dziewczyna, która zbyt szybko musiała dorosnąć. Otrzymała możliwość nauki i zdobywania wiedzy, ale jednocześnie przejęła wiele obowiązków związanych z młodszym rodzeństwem. Sama miała marzenia, uczucia i własne życie, które dopiero miało się rozpocząć.

„Kaszubi pielęgnowali swoje zwyczaje jak najcenniejszy skarb. Może właśnie to odróżniało ich od reszty świata: nie zapominali, kim są, choć Niemcy widzieli w nich Niemców, Polacy Polaków, a oni sami nie chcieli być niczyją kopią”.

Muszę Wam powiedzieć, że nigdy nie byłam na Kaszubach, dlatego ten wątek śledziłam z ogromną ciekawością. Marlena Wittstock nie potraktowała jednak Kaszub jedynie jako tła dla wydarzeń. Ona naprawdę pozwala nam wejść w ten świat. Już same imiona bohaterów nadają tej historii wyjątkowego charakteru. Katarzëna, Staszka, Adelka, Mocëjowa czy Wojtoch. Pojawia się również język kaszubski i właśnie to bardzo mi się spodobało. Dzięki niemu nie tylko czytamy o Kaszubach, ale możemy niejako usłyszeć ich głos.

Nie mogę też nie wspomnieć o języku literackim, którym posługuje się autorka. Jest bardzo dobrze dopasowany do czasu i miejsca, w którym rozgrywa się akcja. Wyważony, spokojny, momentami poetycki, ale jednocześnie naturalny. Marlena Wittstock nie próbuje na siłę uwspółcześniać tej historii. Jej sposób prowadzenia narracji pozwala poczuć klimat dawnych czasów, a jednocześnie nie sprawia, że lektura staje się ciężka.

Bardzo podobały mi się również opisy kaszubskiej codzienności. Ciężka praca, przywiązanie do ziemi, rodzinne tradycje, proste życie i wiedza przekazywana z pokolenia na pokolenie. Szczególnie zapadły mi w pamięć spracowane dłonie bohaterów, zestawione z dłońmi Emilki, która przecież wychowała się w zupełnie innych warunkach.

A potem obserwujemy, jak Emilia zaczyna się zmieniać. Zakłada wygodną spódnicę, otula się kaszubską chustą i podejmuje codzienny trud pracy. Uczy się życia od nowa. Dla miłości jest gotowa zostawić wygodę, do której przywykła, i zacząć wszystko jeszcze raz.

Autorka nie idealizuje jednak mieszkańców Kaszub. Pokazuje ich jako ludzi serdecznych i pomocnych, ale jednocześnie ostrożnych wobec obcych. Emilia musi wielokrotnie udowadniać swoją pracowitość, szczerość i dobre intencje, zanim zacznie być traktowana jak jedna z nich. Ta droga nie jest łatwa, ale właśnie dzięki temu wydaje się prawdziwa.

Czy uda jej się znaleźć swoje miejsce wśród Kaszubów? Tego dowiecie się, sięgając po książkę.

Ważnym elementem powieści jest również natura. Kaszubi żyją blisko niej, czerpią z jej darów i ufają wiedzy przekazywanej przez kolejne pokolenia. Emilia poznaje świat ziół i ich leczniczą moc. Próbuje wykorzystać tę wiedzę, aby pomóc najmłodszemu synowi Leona. Ten fragment bardzo mi się spodobał, bo pokazał, jak wiele można było dawniej czerpać z natury i jak ważna była znajomość jej właściwości.

Nie sposób pominąć również religijności bohaterów. Wiara jest częścią ich codzienności, wpływa na podejmowane decyzje i sposób patrzenia na świat. Ważną postacią jest również ksiądz, który pojawia się w życiu Leona i Emilii.

Duży plus należy się autorce również za to, że pozwala nam ponownie spotkać bohaterów pierwszego tomu cyklu „Na Pomorzu”, „Zanim wróci echo win”. To miły akcent dla tych, którzy znają już wcześniejszą historię.

Jednocześnie warto podkreślić, że nie musicie sięgać po pierwszy tom, aby bez problemu odnaleźć się w „Zanim ucichnie rzeki śpiew”. Drugi tom można czytać niezależnie. Poznajemy tutaj nowych bohaterów, ich historię i zupełnie nowe losy, dlatego nawet jeśli zaczynacie swoją przygodę z cyklem właśnie od tej części, bez trudu odnajdziecie się w przedstawionym świecie.

„Zanim ucichnie rzeki śpiew” to nie tylko historia o miłości i pięknych kaszubskich tradycjach. W tej książce jest również wojna. Jest głód, śmierć, strach, samotność i strata. Są ludzie, których życie zostaje naznaczone wydarzeniami, na które nie mają wpływu. Ale jest też przyjaźń. Jest pomoc drugiego człowieka. Jest bliskość, która w trudnych chwilach potrafi być bezcenna.

I jest Radunia, która „szemrała po kamieniach, jakby mówiła własnym językiem”.

Dla mnie rzeka jest tutaj niemal osobną bohaterką. Cichą obserwatorką życia mieszkańców. Towarzyszy im w chwilach szczęścia, tęsknoty, łez, żalu i rozpaczy. Płynie swoim rytmem, podczas gdy nad jej brzegami ludzie kochają, tracą, podejmują decyzje, popełniają błędy i próbują zacząć od nowa.

Ta książka naprawdę budzi emocje. Podczas czytania książki pojawiały się momenty, kiedy mocno kibicowałam Emilii i Leonowi. Były też takie, kiedy złościłam się na ich decyzje, martwiłam o bohaterów i próbowałam zrozumieć ich wybory. Szczególnie mocno przeżywałam historię Katarzëny, bo im bardziej ją poznawałam, tym trudniej było mi patrzeć na nią tylko przez pryzmat jej niechęci do Emilii.

„[…] świat nagle oszalał i wymknął się spod wszelkiej kontroli. Jeszcze wczoraj wojna zdawała się odległa jak burza za horyzontem - groźna, lecz nieuchwytna […]. Dziś pędziła przez Europę z siłą lawiny, wciągając wszystko, co napotkała na drodze. Rozwiewała wokół strach, niepewność i ciszę, w której każde słowo brzmiało jak wyrok”.

Wojna, głód, śmierć i straty, które pojawiają się w fabule, nie pozwalają o sobie zapomnieć. A jednocześnie miłość, przyjaźń i zwykła ludzka dobroć dają poczucie, że nawet po najtrudniejszych doświadczeniach można próbować poukładać życie na nowo.

Czytając „Zanim ucichnie rzeki śpiew”, miałam wrażenie, że jestem jedną z bohaterek. Stałam gdzieś obok Emilii, próbowałam zrozumieć Katarzënę, przeżywałam losy Leona i mieszkańców, coraz mocniej wchodziłam w świat kaszubskiej tradycji.

Podsumowując, „Zanim ucichnie rzeki śpiew” to poruszająca wielowątkowa opowieść
o odwadze, stracie i zaczynaniu od nowa.
O niespodziewanej, niewinnej miłości, która dojrzewa w bólu. O ranach zadanych przez wojnę. O głodzie, śmierci, odrzuceniu i podziałach między ludźmi. Ale również o przyjaźni, rodzinie, wierze, tradycji i poszukiwaniu własnego miejsca w świecie.

„Na kolanach trzymała książkę i medalik - drobne ślady po dawnym życiu. Życiu, które odrzuciła i które o niej zapomniało”.

To historia, która pokazuje, że czasami trzeba odważyć się opuścić bezpieczny świat, żeby odnaleźć ten, do którego naprawdę się należy.

I jeszcze jedno. To nie jest książka, w której po kilku rozdziałach można przewidzieć wszystko, co wydarzy się dalej. Wielokrotnie mnie zaskoczyła, wzruszyła i sprawiła, że chciałam poznać dalsze losy bohaterów.

Nie sposób nie wspomnieć o zakończeniu powieści. Myślę, że dla wielu z Was będzie ono ogromnym zaskoczeniem. I właśnie dlatego nie zdradzę Wam ani słowa więcej.

Jeśli kochacie powieści historyczno-obyczajowe, wierzycie w miłość, cenicie piękno kaszubskiej kultury i lubicie historie rodzinne, w których nie brakuje emocji, tajemnic, trudnych wyborów i nieprzewidywalnych wydarzeń, jestem przekonana, że warto sięgnąć po „Zanim ucichnie rzeki śpiew”.

Marlena Wittstock
„Zanim ucichnie rzeki śpiew”
Tom II cyklu „Na Pomorzu”
Wydawnictwo Szara Godzina

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz